Owoce morza

L4, panga i grypa…

pangaNie wiem jak Wy ale mnie wrzesień nie rozpieszcza. Niestety rozchorowałam się i w poniedziałek ledwo wróciłam z pracy do domu. Oczywiście od razu łyknęłam tonę leków i przygotowałam sobie duży termos z gorącą herbatą. Na szczęście mój mąż odebrał dzieciaki dzięki czemu mogłam się zdrzemnąć. Jak się okazało nie była to drzemka a długi głęboki sen bo obudziłam się po osiemnastej! W zasadzie to obudziły mnie zapachy i śmiechy dochodzące z kuchni. Pięknie, nikt się mną nie przejmuje pomyślałam. Zwlekłam się z łóżka, ubrałam szlafrok, grube skarpety i potoczyłam się do kuchni. W momencie, kiedy przekroczyłam próg kuchni cała moja rodzinka rzuciła się na mnie i zaatakowała mnie pytaniami odnośnie mojego samopoczucia. Mąż od razu podał mi termometr i kazał zmierzyć temperaturę ale grzecznie odmówiłam. W końcu nigdy nie choruję z gorączką, a w dodatku mam apetyt więc na pewno wszystko ok. Z ciekawością spojrzałam na stół i aż się uśmiechnęłam! W związku z tym, że choróbsko tak nas zaskoczyło nie miałam nawet czasu zrobić zakupów. Oczywiście mój genialny mąż potrafi zrobić coś pysznego z niczego więc i tym razem nie byłam rozczarowana. W zamrażarce znaleźli mrożone filety z pangi, które rozmrozili w mikrofalówce i usmażyli. Jak jestem chora jedyne co przyjmuję do moich ust to właśnie ryby! Wiem, jestem dziwna ;). Nie przepadam za pangą ale ta była taka smaczna, że zjadłam aż dwa kawałki. Swoją drogą nie pamiętam już, kiedy ostatnio jadłam pangę, a dzieciaki ją bardzo lubią więc wszystko ładnie się ułożyło ;). Dzieci wmusiły we mnie jeszcze łyżkę surówki z marchewki z jabłkiem i jednego ziemniaczka. Tak się objadłam, że postanowiłam szybciutko się położyć ;). Następnego dnia obudziłam się w dużo lepszym nastroju chociaż czułam, że grypa jeszcze nie odpuściła do końca. Może to i dobrze? Czasem warto polenić się w domu na L4 ;).